Jeśli obierałeś kiedyś cebulę, to wiesz, że pod pierwszą cienką warstwą kryje się druga cienka warstwa, a pod nią następna i następna, i nim się obejrzysz, masz stół zasłany setkami cebulowych warstw, a w oczach tysiące łez, i żałujesz, że w ogóle wziąłeś się do obierania cebuli, zamiast zostawić ją w spokoju na półce w spiżarce – niech tam sobie gnije – a samemu zająć się własnym życiem, niechby i pozbawionym skomplikowanego i wstrząsającego smaku tego osobliwego i gorzkiego warzywa.
Historia sierot Baudelaire w pewnym sensie przypomina cebulę. Jeżeli uprzesz się, żeby przeczytać wszystkie po kolei cienkie, papierowe warstwy Serii Niefortunnych Zdarzeń – twoją jedyną nagrodą za ten wysiłek będzie sto siedemdziesiąt rozdziałów nieszczęścia w domowej bibliotece i niezliczone łzy w oczach. Nawet jeśli już przeczytałeś dwanaście tomów historii Baudelaire’ów, nie jest za późno, aby właśnie w tej chwili przerwać obieranie jej z kolejnych warstw: odstaw książkę na półkę, niech sczeźnie w zapomnieniu, a ty poczytaj sobie coś mniej skomplikowanego i wstrząsającego. Koniec tej nieszczęsnej kroniki niczym się nie różni od jej przykrego początku, gdyż każde kolejne niefortunne zdarzenie odsłania następne i następne, i następne. Dlatego tylko ci, którzy trawią osobliwe i gorzkie historie winni zapuszczać się w dalsze warstwy Baudelaire’owej cebuli. Przykro mi to mówić, ale taka jest prawda, i kropka.
Sieroty Baudelaire ucieszyłyby się na widok cebuli, gdyby ujrzały takową na falach bezkresnego morza, po którym płynęły łodzią wielkości sporego łóżka – dodajmy, że wyjątkowo niewygodnego. Gdyby na horyzoncie ukazała się cebula, Wioletka Baudelaire związałaby natychmiast włosy wstążką, żeby jej nie wpadały do oczu, i raz-dwa wymyśliłaby urządzenie do wyłowienia warzywa z wody. Klaus, młodszy brat Wioletki, odszukałby w pamięci użyteczne informacje znalezione w jednej z tysięcy przeczytanych przezeń książek i podałby fachową nazwę gatunku cebuli, orzekając przy okazji, czy jest jadalna. A Słoneczko, które ledwo wyrosło z niemowlęctwa, posiekałoby cebulę swymi nadzwyczajnie ostrymi zębami na zgrabne plasterki i korzystając z nowo odkrytego talentu kulinarnego, przemieniłoby ją w apetyczne danie. Dwoje starszych Baudelaire’ów usłyszałoby wówczas dumny anons siostrzyczki: „Obiada!” – co w języku Słoneczka znaczyło: „Posiłek na stole”.
Niestety, dzieci nie ujrzały na morzu cebuli. Prawdę mówiąc, nie widziały prawie nic podczas tej podróży oceanicznej, która rozpoczęła się, kiedy zepchnęli wielką łódź z dachu Hotelu Ostateczność, uciekając przed trawiącym gmach pożarem oraz przed policją, która chciała aresztować całą trójkę pod zarzutem podpalenia i morderstwa. Wiatry i prądy morskie szybko uniosły łódź daleko od płonącego hotelu i miasta, które o zmierzchu widać już było tylko ledwo ledwo, jako rozmazaną smugę na horyzoncie. A gdy noc minęła i wstał ranek, sieroty Baudelaire nie ujrzały już wokół siebie nic oprócz spokojnej, nieruchomej morskiej toni i ponuro szarej płachty nieba. Pogoda była taka sama jak w ów pamiętny dzień, kiedy na Piaszczystej Plaży dowiedziały się o stracie rodziców i domu w strasznym pożarze – dlatego cała trójka milczała, rozpamiętując tamten koszmarny dzień i wszystkie inne koszmarne dni, które po nim nastąpiły. Nie byłoby to nawet takie złe, siedzieć w dryfującej łodzi i rozmyślać o minionym życiu – gdyby nie obecność wyjątkowo przykrego towarzysza podróży.
Towarzysz podróży Baudelaire’ów nazywał się Hrabia Olaf. Sieroty miały nieszczęście znosić jego towarzystwo, odkąd zostały sierotami, a on ich prawnym opiekunem. Olaf niezmordowanie knuł intrygi, chcąc przechwycić w swoje brudne łapska gigantyczną fortunę, którą Baudelaire’owie odziedziczyli po rodzicach – a chociaż wszystkie te intrygi spaliły na panewce, podłość łotra stała się w jakimś sensie także udziałem dzieci. I oto teraz Olaf i Baudelaire’owie płynęli jedną łódką. Zarówno dzieci, jak i hrabia odpowiedzialni byli za liczne zbrodnie, chociaż sieroty Baudelaire miały przynajmniej tyle przyzwoitości, by odczuwać z tego powodu wyrzuty sumienia, podczas gdy Olaf przeciwnie – jeszcze się przechwalał!
- Odniosłem triumf! – obwieścił po raz setny Hrabia Olaf. Stał dumnie na dziobie łodzi, wsparty o galion, którym była rzeźba ośmiornicy atakująca mężczyznę w kombinezonie nurka. – Myślałyście, sieroty, że mi się wymkniecie, ale wpadłyście nareszcie w moje ręce!
- Owszem, Olafie – przyznała ze znużeniem Wioletka.
Nie chciało jej się dodawać, że skoro wszyscy razem dryfują pośrodku oceanu, to można równie dobrze powiedzieć, że Olaf wpadł w ręce Baudelaire’ów. Westchnęła tylko i spojrzała w górę na czubek masztu, z którego smętnie zwisał podarty żagiel. Wioletka od początku podróży próbowała wynaleźć mechanizm, który napędzałby łódź bez pomocy wiatru, lecz do dyspozycji miała na pokładzie tylko dwie wielkie szpatuły z solarium Hotelu Ostateczność. Dzieci wiosłowały nimi przez jakiś czas, jednak wiosłowanie łodzią na pełnym morzu to ciężka robota, zwłaszcza gdy towarzysz podróży jest zanadto zajęty przechwałkami, żeby pomóc. Wioletka wciąż nie traciła nadziei, że wymyśli system szybszego napędzania łodzi.
...